Czy kontrakty terminowe są etyczne
Wojciech Suchomski | Poniedziałek [20.10.2008, 03:06]
3 komentarze / Skomentuj
Fot.stock.xchng
Na stronie Giełdy Papierów Wartościowych znajduje się dużo materiałów szkoleniowych, dlatego nie chcę tu zagłębiać się tu w edukację, czym są kontrakty terminowe i jakie są strategie zarabiania na nich. Chciałbym najpierw skoncentrować się na tym, co powstrzymuje inwestorów przed zarabianiem na spadkach, co przez lata hamowało także moje inwestycje.
Najpierw w dwóch słowach o korzyściach z inwestowania na kontraktach. Podstawową korzyścią z inwestowania w kontrakty terminowe jest możliwość zarabiania na spadkach. Inwestor, który obstawia spadki, sprzedaje kontrakt terminowy na indeks giełdowy, inaczej mówiąc zajmuje krótką pozycję. Im bardziej giełda spada, tym bardziej cieszy to inwestora, zajmującego krótką pozycję. Pozycję taką zamyka się, kupując taką samą liczbę kontraktów terminowych. Późnym wieczorem dom maklerski, w którym mamy rachunek inwestycyjny, rozlicza transakcję. Jeśli znajdowaliśmy się po właściwej stronie rynku, makler przelewa nam zysk, jeśli rynek podążał w przeciwnym kierunku, zmniejsza nasz depozyt. Depozyt to pewna kwota pieniędzy, którą blokujemy na rachunku, kupując (sprzedając) kontrakt i wynosi obecnie nieco poniżej 2000 zł. Kurs kontraktu podaje się w punktach, a cenę kontraktu wylicza się mnożąc kurs przez 10 złotych. Taka dźwignia powoduje, że zmiany indeksu potrafią błyskawicznie pomnożyć, albo całkowicie pożreć wartość depozytu. Dzieje się to tak szybko, że nawet kilka minut wahania może kosztować nas kilkadziesiąt złotych straty na jednym kontrakcie. W przypadku kontaktów terminowych zlecenia stop-loss nie są więc luksusem, są koniecznością. Jeśli rynek idzie w przeciwną stronę, niż się spodziewasz, lepiej odżałować stratę i prowizję od transakcji i po prostu zamknąć pozycję, niż uzupełniać depozyt. Z drugiej strony trafna decyzja inwestycyjna pozwala błyskawicznie pomnożyć depozyt (np. piątkowe spadki ceny kontraktów o 10% podwoiły majątek inwestorów grających na krótką sprzedaż).
Jak tłumaczył to swoim pracownikom Nick Leeson (słynny „Łajdak na giełdzie”): „Tak naprawdę nie kupujemy ani nie sprzedajemy niczego rzeczywistego. To są tylko liczby - kontrakty oparte o wartość Nikkei, indeksu giełdy tokijskiej.”
Właśnie o to często są oskarżani inwestorzy, zajmujący się kontraktami: że spekulują liczbami i prowadzą grę o sumie zerowej (ktoś musi stracić, aby ktoś inny wygrał). W Polsce liczba instrumentów bazowych, na których można obracać kontraktami jest dość ograniczona, ale w Stanach Zjednoczonych i na wielu innych rynkach można także sprzedawać „na krótko” akcje firm, co czasami prowadziło do ich silnej przeceny. Inwestorzy sprzedający kontrakty terminowe wielokrotnie byli oskarżani o spadki na giełdach, dlatego właśnie kilka miesięcy temu amerykańska Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) zabroniła krótkiej sprzedaży akcji. Celem SEC było uspokojenie nastrojów na giełdach i zatrzymanie przeceny akcji, ale pomogło to tylko na jeden dzień. Potem spadki na giełdzie zamieniły się w lawinę wyprzedaży. Jak widać, spadki nie były winą spekulantów.
A jednak krótka sprzedaż ma swoje plusy. Przede wszystkim jest to instrument kontroli ryzyka, umożliwiając zabezpieczenie się przed spadkami. Co więcej, podnosi płynność na giełdzie, dzięki czemu koszty transakcyjne są niższe. W sytuacji, kiedy już od roku mamy do czynienia z silnym trendem spadkowym na giełdzie, zyski z krótkiej sprzedaży są jedynym sposobem, aby w ogóle zarabiać. Krótka pozycja mogłaby także równoważyć straty inwestorom, którzy ciągle trzymają akcje i nie chcą ich sprzedawać (chociaż nie polecam tej strategii inwestorom indywidualnym). Kilkakrotnie słyszałem już zarzut, że nieetyczne jest, aby cieszyć się ze spadków i zarabiać na nich. Że zarabianie w ten sposób opiera się na krzywdzie inwestora, który zajął przeciwną pozycję. W ten sposób można też powiedzieć, że nieetyczne jest pobieranie odsetek od pożyczek czy zyski właściciela firmy z pracy swoich pracowników. Z własnego doświadczenia powiem, że kiedy zdarzyło mi się stracić część depozytu, zajmując długą pozycję na kontraktach, powiedziałem tylko: cóż, pomyliłem się, następnym razem będzie lepiej. Ale nie obwiniałem nikogo za swoją pomyłkę, nie przeklinałem inwestora, który w tym czasie zarobił na krótkiej pozycji. Grałem przecież przeciwko rynkowi, a rynek jest anonimowy i zawsze ma rację.
Być może część inwestorów traktuje kontrakty jak hazard, a giełdę jak kasyno. Ale jest pewien bezcenny rodzaj kontraktów, które każdy musi rozważyć i które mogą nam uratować majątek. Są to kontrakty walutowe, dostępne dla każdego inwestora na warszawskiej giełdzie. Dla większości z nas największą transakcją życia jest zakup mieszkania. Wielu kupujących zaciąga na ten cel kredyt w zagranicznej walucie. Doradcy bankowi ostatnio bardzo promowali kredyty mieszkaniowe przeliczone na obce waluty, wskazując na niższe raty ich spłaty. Rzeczywiście raty były niższe, ale do czasu. Od początku sierpnia mamy do czynienia z silnym osłabieniem złotego, które bardzo podniosło zadłużenie osób, obciążonych kredytem wyrażonym np. we frankach szwajcarskich. Mimo że taka osoba zarabia w złotych, gdyby dwa miesiące temu wzięła kredyt w wysokości 200 tys. złotych, wyrażony we frankach, teraz ma do spłacenia 230 tys. złotych. Nikt nie wie, czy osłabienie złotego to trwała tendencja, czy chwilowa, ale brak zabezpieczeń przed tym może kosztować utratę mieszkania i biedę dla całej rodziny. Jeśli ktoś obawia się wzrostu kursu franka, bank uspokaja, że „zawsze można przewalutować kredyt na złote”, tylko że ta operacja jest strasznie droga dla klienta (4-8% kwoty kredytu)! Tak naprawdę właśnie na przewalutowaniu kredytów banki zarabiają więcej, niż na marży kredytowej. Na szczęście od października każdy kredytobiorca może zabezpieczyć się przed spadkiem wartości złotego, kupując walutowy kontrakt terminowy na franka szwajcarskiego (dla euro i dolara takie kontrakty istniały już wcześniej). Wszystko co musisz zrobić, drogi inwestorze, to kupić tyle długich kontraktów na franka (każdy opiewa na 10 tys. franków), ile wziąłeś kredytu na mieszkanie. Trzeba także wpłacić depozyt z tytułu kontraktu (ok. 5%), no i prowizję dla domu maklerskiego (5-9 zł). To chyba niewielki koszt w porównaniu z groźbą osłabienia franka o 20%?
(Poza kontraktami terminowymi przed spadkami można się zabezpieczyć za pomocą opcji. Nie omawiałem jednak opcji w tym artykule, ponieważ jest to obszerny temat, wykraczający poza ramy tego artykułu).
Komentarze Czytelników (3)
Zgłoś Odpowiedz
Gość
07:25 [20.10.2008]
Zgłoś Odpowiedz
Gość
20:49 [20.10.2008]
http://spekulant.blox.pl
Zgłoś Odpowiedz
Gość
00:45 [21.10.2008]