Socjalizm na giełdach
Wojciech Suchomski | Poniedziałek [13.10.2008, 04:26]
9 komentarzy / Skomentuj
Fot.stock xchng
Przede wszystkim giełda to spotkanie inwestorów zainteresowanych kupnem z inwestorami, zainteresowanymi sprzedażą. Każdy zna ryzyko utraty pieniędzy i wchodzi tam na własną odpowiedzialność. Na wolnym rynku podaż i popyt negocjują ze sobą, ustalając cenę. W ostatnich dniach decydenci dokonywali różnych sztuczek: gorliwie zapewniali, że naszym pieniądzom nic nie grozi. Kiedy słowa nie wystarczyły, przedstawiciele banków centralnych ogłosili gotowość pożyczenia bankom tyle pieniędzy, ile tylko zażądają. Rządy amerykański i brytyjski posunęły się nawet do nacjonalizacji upadających banków i towarzystw ubezpieczeniowych. Potem zakazano krótkiej sprzedaży, bo podobno ceny akcji spadały przez spekulantów. Mimo to giełdy spadały dalej. Kiedy sytuacja zdawała się uspokajać, najważniejsze banki centralne świata: amerykańska Rezerwa Federalna, europejski EBC, angielski Bank of England, a także kanadyjski, szwajcarski i chiński bank centralny jednocześnie obniżyły stopy procentowe. Miało to pomóc rynkom akcji, a tylko wystraszyło inwestorów. Wszyscy zadali sobie pytanie: czy jest aż tak źle? Koniec ubiegłego tygodnia to spektakularne zawalenie się misternej konstrukcji słów, zaklęć, gestów i czynów decydentów i polityków. Socjalizm giełdowy skompromitował się.
Tak to się musiało skończyć, ponieważ giełda to esencja wolnego rynku. Jeśli rząd zaczyna wtrącać się w jego funkcjonowanie, inwestorzy zaczynają wyprzedzać takie kroki, uwzględniając je w swoich kalkulacjach. Spadki na giełdach, bankructwa instytucji finansowych i paniczne wycofywanie pieniędzy ze wszystkich walorów świadczą o kompletnym załamaniu zaufania do polityków, ale nie do wolnego rynku. Zanim politycy zaczęli wprowadzać w życie swoje „cudowne” pomysły, giełdy znajdowały się w równowadze, chociaż trend był spadkowy. Paniki nie było. Dwudziestej pierwszej konferencji prezydenta Busha, podczas której zapewniał, że rząd amerykański ma pełną kontrolę nad sytuacją, towarzyszył łoskot giełdy, walącej się w gruzy.
Przy okazji, cały kryzys na amerykańskim rynku nieruchomości był spowodowany naciskami amerykańskich polityków, aby Fannie Mae i Freddie Mac, dwie instytucje pożyczające Amerykanom pieniądze na zakup domów, "wyrównywały szanse" przyznania kredytu także osobom, które normalnie nigdy by ich nie dostały. Wyznaczono pewną pulę kredytów, które obowiązkowo musiały trafiać do klientów nie spełniających tradycyjnych kryteriów. Tacy klienci, zwani "ninja” (no income, no job or assets) przynieśli oczywiście zbyt duże ryzyko kredytowe, które banki próbowały upchnąć instytucjom ubezpieczeniowym (np. AIG) w postaci obligacji. Dodajmy, że na bazie tych obligacji zbudowano także instrumenty pochodne i już widzimy skalę zagrożeń dla instytucji finansowych, jakie początkowo nawarzyli politycy.
Skoro już tak wyjaśniamy sobie wszystko otwartym tekstem, chciałbym nawiązać do jeszcze jednej irytującej mnie kwestii. Otóż wielu dziennikarzy wylicza „wielkość strat” na giełdach, pisząc obrazowo o „parujących miliardach”. Na przykład Financial Times napisał, że przez ostatni tydzień światowe giełdy „straciły na wartości około 6,2 biliona dolarów”, a Gazeta Wyborcza podliczyła, że z warszawskiej giełdy „ulotniło się” 43 mld zł. Jak giełdy mogły stracić coś, czego nie ma? Wycena giełdowa jest raczej wyobrażeniem inwestorów o przyszłej wartości spółek, a nie ich wartością księgową. Mówiąc obrazowo, fundusze emerytalne, które inwestują nasze składki emerytalne na giełdzie równie dobrze mogłyby palić tymi pieniędzmi w piecu: kupują coś, czego tak naprawdę nie ma i w każdej chwili może zniknąć jak bańka mydlana. Trwająca bessa nieco urealniła tę wycenę. Obecnie średni wskaźnik ceny spółek do wartości księgowej osiągnął 1,42, to znaczy ceny akcji przekraczają wartość księgową „tylko” o 42%. W lipcu 2007, kiedy rozpoczęła się bessa, średni wskaźnik C/WK wynosił 2,7, to znaczy inwestorzy przewartościowali spółki o 170%. To się musiało źle skończyć. W kiepskich dla giełdy latach 1997-98 wskaźnik nie przekraczał 1,4, czyli wynosił tyle co teraz. Potem zaczął rosnąć na fali hossy internetowej, a kiedy bańka pękła, znowu znalazł się na poziomie 1,4, gdzie przebywał przez trzy lata. Po przystąpieniu Polski do Unii wyceny polskich spółek gwałtownie wzrosły, aż osiągnęliśmy ubiegłoroczne szaleństwo. Nie należę do inwestorów fundamentalnych, dlatego trudno mi ocenić według tego kryterium, czy już nadszedł czas, aby inwestować. Jeśli ktoś posługuje się wskaźnikiem C/WK to przypomnę, że w dwóch pierwszych latach funkcjonowania polskiej giełdy wynosił on średnio 0,5, to znaczy cena akcji wynosiła jedynie połowę wartości księgowej na nią przypadającej. Wszyscy wiedzieli, że to absurdalnie nisko, a jednak niewielu kupowało. W bessie wyceny też potrafią być absurdalnie, wręcz „nielogicznie” niskie, ale giełdą rządzą bardziej emocje niż logika.
Komentarze Czytelników (9)
Zgłoś Odpowiedz
mikoś
16:44 [13.10.2008]
Zgłoś Odpowiedz
Chłyt materkindowy
17:19 [13.10.2008]
Zgłoś Odpowiedz
Gość
17:47 [13.10.2008]
Zgłoś Odpowiedz
geno82
18:41 [13.10.2008]
A to polityka przeca nakazała bankom udzielać kredytów wszystkim jak leci, co zresztą w tekście jest napisane ("wyrównywanie szans"). USA przestało być w tym momencie wolnorynkowe a zaczęło socjalizować.
Wiec jednak Milton ma racje a Keynes się myli.
Zgłoś Odpowiedz
Gość
23:37 [13.10.2008]
Zgłoś Odpowiedz
Gość
10:30 [14.10.2008]
Zgłoś Odpowiedz
dylandog
12:32 [14.10.2008]
Zgłoś Odpowiedz
Gość
13:44 [14.10.2008]
Czy tak było naprawdę? Skąd autor zaczerpnął te informacje?
Zgłoś Odpowiedz
Gość
12:20 [15.10.2008]
ten fragment mu podyktowała niewidzialna ręka rynku
Zgłoś Odpowiedz
Gość
00:10 [16.10.2008]
Zgłoś Odpowiedz
Chłyt materkindowy
20:50 [16.10.2008]
:)