Co to znaczy „solidne fundamenty”?
Zbigniew Papiński | Wtorek [03.11.2009, 10:00]
8 komentarzy / Skomentuj
Fot. stock.xchng
Zdecydowana większość indywidualnych inwestorów preferuje analizę techniczną z prozaicznego powodu: znacznie prościej zerknąć na wykres i zawyrokować czy dany walor ma szansę na wzrost czy nie, niż przekopywać się przez sprawozdania finansowe i szukać swojej niedocenionej perełki. Niestety, wielu z nich ignoruje fakt, że sam rysunek i nawet najwymyślniejsze kreski to nie wszystko i choć ortodoksyjni wyznawcy AT twierdzą inaczej, praktyka wskazuje, że na pewno znajomość przynajmniej podstaw analizy fundamentalnej co najmniej nie przeszkadza. Poza tym w analizie technicznej mamy taki problem, że patrząc na ten sam wykres dwaj inwestorzy mogą widzieć zupełnie co innego, stąd kłopot z jej stuprocentową weryfikowalnością.
O tym, że liczą się także fundamenty świadczą choćby ostatnie wydarzenia i entuzjazm rynków na wieść o wzroście PKB w USA w III kwartale tego roku do 3,5% podaną w ubiegły czwartek. Dane makroekonomiczne wpływają na notowania jak najbardziej i to nawet te bieżące w skali intraday. Problem leży gdzie indziej. Giełda nie zajmuje się odczytywaniem historii, lecz najczęściej dyskontuje przyszłość (pomijamy próby manipulacji rynkami, które zawsze były, są i będą). Stąd aktualnie mimo dobrych danych wcale nie jest powiedziane, że cały ten rajd trwający od marca w USA nie został teraz ubrany w liczby, tak jak drobni inwestorzy w akcje. Tu na pewno z pomocą przychodzi analiza techniczna, która pozwala nam osądzić na podstawie zachowania indeksu czy rynek traci impet i zaraz runie, czy wręcz przeciwnie - zbiera się do kolejnego skoku.
Zresztą w warunkach GPW analiza techniczna nie zawsze ma do końca głęboki sens, szczególnie w przypadku mniejszych spółek. Jeżeli wykres rysuje się na przykład zamknięciem za pomocą jednej akcji, czy posiada on rzeczywiście jakąś realną, prognostyczną wartość? Właśnie niska płynność w przypadku większości spółek sprawia, że nie należy do końca wierzyć we wskazania AT, bo za kilka tysięcy złotych manipulanci potrafią nam rysować przeróżne formacje. Zresztą „cudofixingi” na WIG20 też potwierdzają, że takie operacje mogą dotyczyć i całego rynku. Stąd zakładamy zgodnie z teorią Dowa, że długoterminowo rynkami nie da się sterować, choć w krótkim okresie takie sytuacje zdarzają się na całym świecie.
Wróćmy jednak do fundamentów. Powiedzmy, że uznaliśmy perspektywy gospodarki za pozytywne – tu uwaga na mainstreamowe media: ich relacje dotyczą historii i najczęściej na samym dnie wszyscy prześcigają się w malowaniu czarnych scenariuszy. Analogicznie kolorowo jest na szczytach koniunktury. Następnie wybraliśmy ciekawy sektor i na celowniku mamy jakąś spółkę.
Ogólnie założenie analizy fundamentalnej wydaje się dość nieskomplikowane, choć pracy przy tym co niemiara. Próbujemy wycenić spółkę i porównać tą wycenę do aktualnego kursu na giełdzie, czyli jeśli wyszło nam, że akcje PKN Orlen powinny kosztować 38 zł, a kurs wynosi 30 zł to teoretycznie powinniśmy kupować te walory. W tym momencie pojawia się niestety poważny problem. Skąd wiemy, że na pewno te akcje są warte akurat 38 zł, skoro na przykład DIBRE wycenia je na tyle (przyjmijmy, że zgodnie z naszą wyceną), ale tymczasem Raiffeisen na 33 zł, z kolei Deutsche Bank na 23 zł (rekomendacje z ostatniego miesiąca)?
Jeżeli profesjonalni analitycy są tak niezgodni w swoich ocenach, w jaki sposób amator, który posiada znacznie mniej możliwości (nie spotyka się z zarządami firm, nie studiował ekonomii, nie legitymuje się zapleczem analitycznym itd.) ma rzekomo wykonać profesjonalną wycenę fundamentalną po przeczytaniu jednej czy dwóch książek na ten temat? Pytanie jest retoryczne, a jednak tysiące drobnych inwestorów głęboko wierzą w swoje prawidłowe oceny kondycji spółek i głoszą swoje tezy wśród znajomych czy na forach internetowych z niezwykłą pewnością siebie, godną jedynie kompletnego ignoranta. Być może mnogość wskaźników takich jak ROE, ROA czy badanie cash flowu sprawia złudne wrażenie, że im ich więcej badamy, tym bliżej nam do świętego Graala. Tymczasem wszystko może być już w cenie akcji.
Co więcej, istnieje taki paradoks, że najbardziej spektakularne wzrosty są udziałem nie tych solidnych spółek, tylko spekulacyjnych baloników, które cechuje znacznie większa zmienność. Niektórzy jednak zapominają, że te odbijające „zdechłe koty” wcześniej zazwyczaj równie gwałtownie taniały i tylko garstka spekulantów zarabia podczas, gdy większość jest na głębokich minusach mimo imponujących krótkoterminowych stóp zwrotu.
Czy w takim razie fundamenty nie mają znaczenia? Wręcz przeciwnie. Nie da się na dłuższą metę utrzymać kursu danego aktywa znacznie powyżej jego wewnętrznej wartości, choć na przykład nawet na GPW znam co najmniej kilka spółek, które zajmują się przede wszystkim produkcją akcji, a jednak ich kursy nadal są zdecydowanie powyżej wartości minimalnej na giełdzie, czyli jednego grosza. Jak w każdym przypadku liczy się umiar i rozsądek. Nawet jeśli według nas spółka jest skrajnie niedowartościowana i na pewno warto kupować jej akcje, zawsze zastanówmy się czy czasem nie mylimy się w naszej ocenie i co za tym idzie przygotujmy sobie plan awaryjny na wypadek, kiedy nasza perełka okaże się zwykłą szklaną kulką.
Komentarze Czytelników (8)
Zgłoś Odpowiedz
Gość
11:04 [03.11.2009]
Zgłoś Odpowiedz
Gość
13:21 [03.11.2009]
Zgłoś Odpowiedz
Gość
14:20 [03.11.2009]
Zgłoś Odpowiedz
Gość
14:47 [03.11.2009]
Zgłoś Odpowiedz
Gość
14:48 [03.11.2009]
Zgłoś Odpowiedz
rolnik
14:55 [03.11.2009]
Zgłoś Odpowiedz
Gość
15:25 [03.11.2009]
Zgłoś Odpowiedz
Gość
20:41 [03.11.2009]